Boże Narodzenie. Jedyny dzień w roku szczerze wypełniony miłością, szczęściem i czystą magią.
Louis usiadł przy stole, który wydawał mu się nieskończenie długi, wpatrując się w każde z pustych krzeseł, tym samym wspominając ostatni raz, gdy jego rodzina siedziała tutaj, razem z nim.
Ojciec zawsze zajmował miejsce u szczytu stołu. Zawsze z perfekcyjnie przystrzyżonymi wąsami tuż nad jego górną wargą,z kolei ciemnobrązowe włosy za każdym razem zaczesywane były na bok, choć ich linia stopniowo się cofała. Po pracy, jego koszula była lekko wygnieciona, a węzeł krawata przeważnie był poluzowany. Wtedy ojciec był gotowy do odpoczynku po dziesięciogodzinnej zmianie.
Obok niego siedziała jego kochana żona. Jej włosy były perfekcyjnie upinane w schludny kok. Louis nawet nie miał pojęcia, jakim cudem robiła go każdego dnia, zdążając przy tym zrobić śniadanie dla całej rodziny oraz wyprawić jego rodzeństwo do szkoły.
Rodzeństwo. Cztery młodsze siostry, wszystkie z nienagannymi manierami i uprzejmością w sercu. Każda urocza na swój sposób.
Charlotte, nazywana po prostu Lottie przez wszystkich domowników, poza mamą, była najstarszą z dziewczyn. Ich matka nigdy nie używała zdrobnień, zawsze zwracała się do nich formalnie Charlotte, Felicite, Phoebe i Daisy. Lottie była średniego wzrostu. Jej nogi były szczupłe i niesamowicie długie w porównaniu do reszty ciała, przez co szyjąc dla niej sukienki, ich mama zawsze musiała się zmagać z tym felernym problemem. Sarnie oczy i karmelowe włosy powodowały zainteresowanie wielu chłopców. Dziewczyna zawsze siadała naprzeciw mamy, usprawiedliwiając to faktem, że jest drugim najstarszym dzieckiem Tomlinsonów. Twierdziła że powinna siedzieć najbliżej szczytu stołu, odkąd tata pozwolił Louisowi siedzieć naprzeciw siebie, gdyż był on najstarszym z rodzeństwa oraz dodatkowo jedynym chłopcem w domu.
- Przygotowuję go do dnia w którym przejmie ten dom - śmiał się chrapliwie, a nikt nie wątpił w słuszność jego słów. Tyle że żadne z nich nie zdawało sobie sprawy jak szybko się to stanie.
Kolejna była Felicite. Była tego samego wzrostu co starsza siostra, a pomijając cynamonowo-brązowe włosy i charakter przypominający raczej ten Louisa, łatwo można by je wziąć za bliźniaczki. Zajmowała miejsce obok Charlotte i sprzeczała się z nią o ilość ziemniaków, jaką starsza z nich nabierała z miski przechodzącej wokół stołu z ręki do ręki. Zdarzało się, że szeptała Louisowi o tym, iż Lottie ma kawałek brokułów na zębach lub o gniewie, po tym jak siostra po raz dwudziesty oparzyła się gorącym woskiem.
Najmłodszymi członkami ich rodziny były identyczne bliźniaczki, Phoebe i Daisy. Choć nazywano je nieplanowanym podarunkiem od Boga, (co w zasadzie mówiono jedynie w żartach i to w dodatku bardzo rzadko. Louis usłyszał to raz, kiedy mama rozmawiała przez telefon z babcią) dziewczynki były najbardziej sympatycznymi istotkami na świecie, z delikatnymi blond włosami i małymi ząbkami rosnącymi w dużych odstępach. Były identyczne. Ich nauczyciele i koledzy z klasy mylili je codziennie, ale w domu łatwo je rozróżniano po wyglądzie lub brzmieniu głosu. Jedyną okazją kiedy Daisy nazywano Phoebe i odwrotnie, był moment, kiedy mama przyłapywała jedną z nich na podkradaniu jej przepysznych wypieków ze stygnącej tacy i gnała z powrotem na górę. Widząc jedynie blond kosmyki i słysząc radosny chichot sukcesu, krzyczała pierwsze imię jakie przyszło jej do głowy, a zazwyczaj okazywało się ono błędne, co było jedynie wymówką do dalszej ucieczki.
- Nie wołałaś mnie mamusiu, tylko Phoebe.
- Przepraszam mamo, nie słyszałam cię. Przecież wołałaś Daisy.
A mama wołała obie na dół i karciła, za ich zachowanie, jednakże za każdym razem pozwalając im zatrzymać smakołyki.
Louis mógł wyobrazić sobie całą szóstkę siedzącą z nim przy stole. Nie byli idealni, ale i tak wspaniali. Byli jedyną stałą rzeczą w jego życiu, a teraz nie mógł ich odzyskać.
Scena rozgrywała się w jego umyśle jakby wydarzyła się zaledwie wczoraj. Lottie jak zawsze nakładała na swój talerz ogromne ilości puree, co złościło Fizzy bo to ona dostawała je ostatnia i zawsze zostawało go za mało. Krawat ojca nie był zawiązany do końca a on sam siedział oparty na krześle z mieszaniną irytacji, radości oraz ulgi, że wreszcie jest już w domu. Bliźniaczki kłóciły się, jak każdego wieczora, która z nich będzie siedziała obok mamy. Niemal słyszał przenikliwe wysokie głosiki które kiedyś nieprzyjemnie przeszywały mu uszy, a teraz oddałby wszystko, by usłyszeć je choć przez sekundę. Na szczęście tata zadecydował, że każda z bliźniaczek będzie siedziała obok mamy co drugi dzień, a mama, zawsze gotowa na wszystko wnosiła świeżą miskę puree żeby zadowolić Fizzy, która i tak nigdy nie zjadała wszystkiego.
Dźwięki rozbrzmiewały w jego głowie niczym nagrania. Niemalże słyszał subtelne brzęczenie kieliszków z winem, którego po lampce rodzice wypijali każdego wieczora do obiadu. Dziewczynki nie zwracały uwagi na takie szczegóły, ale Louis tak. Zauważał uśmiechy jakie rodzice posyłali sobie znad kieliszków i wymieniane spojrzenia. Obserwował ich co wieczór.
Kiedy Louis zamknął oczy mógł usłyszeć wszystko. Szelest stóp na dywanie położonym w jadalnie tuż przy stole, ciche rozmowy o dniu w szkole i szalonych snach jakie mieli poprzedniej nocy. Nawet najbardziej przejmujące płacze i najbardziej żarliwe kłótnie. Louis chciał to z powrotem.
Powieki uniosły się, ukazując zaszklone tęczówki, lśniące chłodnym lazurem. Wszystko zmieniło się w nicość. Dom był pogrążony w mroku. Jedyne delikatnie migocące światło dawały świece rozstawione na stole i parapecie. Tworzyły one dziwnie tańczące cienie przecinające puste zakurzone pomieszczenie pod najróżniejszymi kątami. Śnieg pruszący cicho za oknem dodał pokojowi świetlistej poświaty. Ale żadna z tych rzeczy nie miała znaczenia. Oczy Louisa były zbyt przepełnione słonymi, gorącymi łzami by to zauważyć.
Wszystko w tym momencie stało się jedną wielką zagadką. Dlaczego wszystko musiało potoczyć się w ten przygnębiający sposób?
Wtedy dotarło do niego, jak trudno przychodziły mu wspomnienia związane z rodziną.
Można było to porównać do rozbijania piniaty. Na początku niezgrabie i wolno, ale gdy wreszcie pęka i słodycze się wysypują, przychodzi długo wyczekiwana ulga na myśl, że wreszcie się udało Jednak z drugiej strony czuje się oszołomienie. Gdy wszyscy nagle rzucają się na słodkości, by zebrać jak najwięcej dla siebie. I właśnie to zrobili. Zabrali Louisowi rodzinę.
Świetny rozdział! :)
OdpowiedzUsuńNie mogę się doczekać następnego, informuj mnie cały czas. :) //@luvmylarry_x
cudowny!
OdpowiedzUsuńjejku ten rozdział jest piękny i smutny :,( to jest chyba jeden z najlepszych do tej pory, chociaż nadal nie ma larryego ale spokojnie, i tak a chęcią poczekam :) nie mogę się doczekać następnego :* dziękuję za poinformowanie mnie <3
OdpowiedzUsuń@shipbulshit
Jejku niesamowity... sama sie poryczalam... czekam na nn.
OdpowiedzUsuńPopłakałam się podczas czytania tego rozdziału i nie żartuję w tym momencie :'(
OdpowiedzUsuńPiękny 'jak zawsze', gdybym miała dar do pisania i tłumaczenia, nie zrobiłabym tego lepiej, naprawdę.
Czekam z niecierpliwością na kolejny.
@HelloPainn ~
Cudownie jest opisane każde uczucie ,każdy szczegół i otoczenie.
OdpowiedzUsuńCzekam niecierpliwie na następny!
Kiedy zacznie się coś dziać między nimi? Larry *o*
Informuj mnie o kolejnym ,proszę. :D
Obiecałam ,więc przeczytałam wszystko błyskawicznie i zostawiłam po sobie ślad <3
@Juliett_xxx
Jejku, to takie ksdhosld
OdpowiedzUsuńpłaczę, bo kocham tematykę wojenną
@RusherMuffin
Przeczytałam to dopiero teraz, bo znalazłam chwilkę i postanowiłam uzupełnić braki. Jak zawsze rozpaczam nad krótkością rozdziału, bo takie dzieła chce się czerpać garściami. Życzę wytrwałości w dalszym tłumaczeniu, czekam na rozdział i pozdrawiam, Weronika x
OdpowiedzUsuń