piątek, 19 grudnia 2014

Rozdział dziesiąty

Kolory i kształty wypełniły umysł Louisa, każde z nich wyzwalało ból i kolejne wspomnienia. Wydawało mu się, że może je zablokować, uciekając od nich. Ale i tak wracały, łapały go w swoje sidła nawet w najbardziej niebezpiecznych sytuacjach. Nie pozwalały mu wołać o pomoc, ograniczały go.

Nie umiał czuć niczego oprócz zimna, które przeszywało jego ciało do kości niczym sopel i zmieniało jego skórę z bladoróżowej  do odcienia krwistej czerwieni.

- P-o - tylko tyle zdołał z siebie wykrzesać. Jego usta nie były zdolne wykonać jakiegokolwiek ruchu, były na wpół rozchylone , zamarznięte do tego stopnia że nie było nawet mowy o otwarciu ich,  pojedyncze płatki śniegu wpadały do ich wnętrza i rozpuszczały się na języku.
- Po.. - zaskrzeczał znowu. Mimo nieludzkiego wysiłku, nie mógł wydobyć z siebie dźwięku  litery "m".

W momencie, w którym uświadomił sobie, że nikt nie przyjdzie na ratunek dotarło do niego, że nie chce pomocy. Jeśli wyniósł cokolwiek z czasu kiedy był na froncie, to fakt że był silnym, niezależnym mężczyzną, na którego nikt nie zwracał najmniejszej uwagi. Jego rodzina nie wierzyła, że tak właśnie jest, nie mieli kiedy zobaczyć jego prawdziwej wartości przez czas jaki z nimi spędził zanim zniknęli z jego życia. Louis wiedział, że na wszystko ma odpowiedni czas i miejsce.

Na wojnę nie idzie się z przeświadczeniem o wygranej. Na pewno nie trafia się tam z przekonaniem, że zawiedzie się swój kraj. Żołnierz znajdujący się na froncie ma uniesioną głowę, dumny ze wszystkiego za co walczy, wierzy w wyjście z każdego konfliktu, że jego wysiłki zostaną wynagrodzone w sposób, który może nie będzie zauważalny, ale wyczuwalny.

Duma jaką odczuwał Louis walczyła ze wszystkimi negatywnymi siłami przepływającymi przez niego i zapewniała mu nadzieję. Być może wejście  z wysoko uniesioną głową w mrok znajdujący się za linią życia przy której teraz stał z determinacją niezłomnego żołnierza, przyniesie ukojenie, kiedy śmierć postanowi go zabrać. Dlatego właśnie był w stanie bez wysiłku wygiąć usta w uśmiechu ignorując mróz, kiedy zamykał oczy po raz kolejny tego dnia.

________________________________
Dobry wieczór!
Przepraszam, że ostatni rozdział pojawił się jakieś 3 tygodnie temu, ale nie znalazłam żadnej bety. Poza tym komentarzy pod postami jest niewiele i naprawdę nie śpieszy mi się z dodawaniem, skoro i tak nikt tego nie czyta. Przepraszam jeszcze raz x

sobota, 22 listopada 2014

Rozdział dziewiąty

- Thea, kochanie, wszystko w porządku? - Zaniepokojony głos Warrena przerwał ciszę, która nagle zapadła po hałasie dobiegającym z kuchni.- Sprawdzę co się stało.
Harry zmartwiony podążył za kuzynem odczuwając ulgę gdy tylko znaleźli się w małym pomieszczeniu, dostrzegając iż z Thea'ą wszystko było w porządku. Jednakże była widocznie zdenerwowana faktem, że wypuściła z rąk roztrzaskane już w tym momencie porcelanowe naczynie.

- Nic mi nie jest skarbie. - Odpowiedziała na zadane wcześniej pytanie, odsłoniwszy usta, które wcześniej schowała pod drobnymi dłońmi. Jej twarz zastygła w wyrazie idealnie przedstawiającym szok.
- Tyle się dzieje, że z ledwością zauważyłam to mleko. Dopiero kiedy się odwróciłam aby sięgnąć po cukier ono... Spadło. Tak mi przykro, Harry, ja... Posprzątam. Powiedz mamie żeby się nie przejmowała. To moja wina. Po prostu...
- Na litość boską Thea! - przerwał, kiedy szok w głosie kobiety zmienił się w nerwowe poruszenie, jakby czekała na krzyki wyrażające dezaprobatę na jej niezdarność. - Są święta - kontynuował Harry- i nie ma żadnego problemu. Trzeba tylko posprzątać, nie martw się tym. Tylko uważaj na odłamki szkła. Wyskoczę szybko i dokupię trochę mleka. Co to by były za święta bez twoich sławnych sufletów?

Thea uśmiechnęła się delikatnie i ostrożnie omijając kawałki szkła oraz kałużę mleka, przygarnęła Harry'ego do uścisku, przypominając mu o ciepłym płaszczu, zanim wyjdzie na mroźnie powietrze.

Thea miała rację. Było okropnie zimno, ale chłopak szczelnie owinięty w ulubiony prochowiec, nie zwracał zbytniej uwagi na płatki śniegu, które leniwie oprószały, co jakiś czas sadowiąc się na materiale jego okrycia. Stopy przyozdobione nowymi, lśniącymi od nowości butami nadal zachowywały ciepło jego stóp, tym samym stanowiąc idealne połączenie z grubymi skarpetami, które nosił od rana.

- Dzień dobry Haroldzie! - Obrócił się na ośnieżonym bruku, wychwyciwszy swoje pełne imię, by po chwili przywitać znajomego mężczyznę.

- Ach, pan Wilson! Chłodno dzisiaj, nieprawdaż?
- Okropnie. Jednak na moje szczęście Edna była tak uprzejma i zrobiła mi ten wspaniały szal. - Pogładził dłonią skrawek wystającego spod jego kurtki dzierganego szala. -  Bez niego bym zamarzł! Wesołych świąt chłopcze! - Dodał Wilson z delikatnym uśmiechem na twarzy i policzkami zaróżowionymi od zimna.
- Nawzajem proszę pana.
Pan Wilson był najlepszym szewcem w mieście. Styles’owie polegali na nim, kiedy co roku potrzebne były nowe pary butów. Dopiero w tym momencie do Harry'ego dotarło, że powinien podziękować za zrobienie dla niego tej wspaniałej pary, którą został dziś obdarowany.

Jego żona, Edna, była wyjątkową krawcową. Pracowała w domu. Sprzedawała szaliki, czapki, rękawice, skarpetki i okazjonalnie sukienki na specjalne uroczystości.
Miała dwoje dzieci Edwarda i Lucillę. Słodkie dzieciaki, w każde urodziny Harry zawsze prezentował im najlepsze słodycze jakie udawało mu się zdobyć.

Smakołyki zazwyczaj pochodziły z cukierni pana Browna znajdującej się na rogu XXII ulicy. Kiedy spoglądał na zielony budynek ze zdobiącym go starym szyldem Słodkości u Browna, nachodziła go myśl że jest kilka kroków od słodkiego świata, w którym jest wszystko co tylko sobie można wymarzyć.
Cukiernia miała zwyczaj przenosić Harry'ego myślami z powrotem do wczesnego dzieciństwa, kiedy błagał mamę by mógł jej towarzyszyć w drodze na XXIV ulicę, gdzie zwykle kupowała produkty potrzebne do przygotowania kolacji.

Harry starał się wtedy zachowywać najlepiej jak potrafił. Kiedy mijali pasmanterię witał się z żoną starego właściciela, panią Wandermeyer, za którą nigdy nie przepadał, a już w szczególności jako maluch.
Nigdy nie ciągnął mamy za spódnicę, kiedy zatrzymywała się by porozmawiać z żoną właściciela sklepu spożywczego, panią O'Malley.
Jeśli Harry zachowywał się wzorowo przez całą drogę, jego mama obładowana świeżymi warzywami i mięsem wychodziła ze sklepu i posyłała swojemu najmłodszemu dziecku sugestywne spojrzenie. Harry znał je doskonale. Z niewielkim skinięciem głową szedł za nią w stronę XXII ulicy. Wiedziała, że jedynym powodem, dla którego mały Harry uprzejmie przywitał się z panią Wandermeyer są właśnie pyszności ze Słodkości u Browna. Gdy w końcu wchodzili do cukierni, Harry'emu zdawało się, że śni. Rzędy tęczowych lizaków, cukrowych dropsów i tabliczek pysznej czekolady owiniętej w szeleszczące, błyszczące folie. Wszystko zdawało się czekać na jego przybycie. Harry biegł do ciemnej drewnianej półki, na której w schludnym szeregu ułożono pianki. Każda z nich wyglądała miękko jak puchata poduszka i Harry zawsze wyobrażał sobie, że smakowały o wiele lepiej niż się prezentowały. W zamyśleniu pocierał małymi palcami podbródek, skanując wzrokiem każdą leżącą przed nim słodycz, zanim porwał jedną z półki. Zawsze wybierał tę, która wydawała mu się najbardziej puszysta.
- Skarbie, nie zapomnij o siostrze. - przypominała Annie. Wtedy też chłopiec zawracał i wybierał coś dla Gemmy.

Cała scena rozegrała się w głowie Harry'ego jak film, kiedy przechodził obok cukierni. Jednakże czasy jej świetności dawno przeminęły. Sklep stracił klientów po śmierci pana Browna, gdy jego syn przejął interes.

Droga do głównej ulicy handlowej minęła chłopakowi nadzwyczaj krótko. Kiedy Harry pojawił się na miejscu zdziwiło go, że mimo świąt panował tam nadzwyczajny gwar. Zebrali się handlarze z całego miasta i wyprzedawali swoje najlepsze towary tym, którzy jeszcze mogli sobie na nie pozwolić.

Harry szedł wśród zgiełku do mleczarni pana Powella. Kolorowe płaszcze i odświętne spodnie zabawnie kontrastowały z twarzami bez wyrazu, wszechobecną szarością miasta i bielą śniegu.

- Harry, mój chłopcze! - Zawołał Powell, uradowany jego wizytą, co przypieczętował szerokim uśmiechem, który niemalże znał idealnie. - Co sprowadza cię do miasta w Wigilię?
- Wydaje mi się że mógłbym zapytać pana o to samo. - Harry wyszczerzył zęby w krzywym uśmiechu. Nie potrafił uśmiechnąć się całkowicie, gdyż uniemożliwiały mi to zziębnięte policzki. - Thea robi suflet i gdybym mógł dostać trochę mleka, byłbym chyba bardziej niż szczęśliwy.
- Ach, Thea znów panikuje? - Zachichotał, poprawiając czapkę tym samym chroniąc ją przed upadkiem. - Cudowna kobieta, a do tego świetna kucharka. Będzie dziś gotować świąteczną kolację?
Harry skinął głową, potwierdzając przekonania mleczarza - Prawie zabarykadowała się w kuchni. Odkąd Warren wrócił do domu każdego dnia wymyśla nowe dania specjalnie dla niego. - Uśmiechnął się lekko, obserwując jak płatki śniegu delikatnie opadają na jego nowe buty.

Wszyscy znali Warrena i Thea'ę. Ich ślub pięć lat temu był wydarzeniem roku i niemal każdy w mieście podarował nowożeńcom jakiś upominek oraz złożył życzenia na szczęśliwą przyszłość. Od tamtego czasu parę znali wszyscy. Warrena za wesoły uśmiech, wielkie serce i chęć pomocy staruszkom obładowanym ciężkimi zakupami. Z kolei Thea była uważana za drobną i delikatną niczym puch wirujący na wietrze. W jednej chwili pomagała staremu panu McIntire pozbierać rozsypane kwiaty w kwiaciarni, a kilka sekund później dotrzymywała towarzystwa bliźniętom Johnson, kiedy ich matka pracowała. Huntington nie tylko ich znało ale i kochało.
- Ach Warren, no tak, jak się ma? Wypoczął trochę? – Zapytał z lekkim niepokojem w ciepłym spojrzeniu
- Czuje się świetnie, wrócił do pracy. - Uśmiechnął się chłopak. - Z powrotem w siodle.
- To wspaniale. - Zwrócił się w stronę wejścia do sklepu nie większego niż sypialnia Harry'ego. - Tworzą fantastyczną parę, nie uważasz? - Uśmiechnął się nie czekając na odpowiedź. - A ty chłopcze, nie znalazłeś jeszcze wybranki serca? - Dopytywał unosząc krzaczaste brwi.
Na usta Harry'ego wpłynął lekki uśmiech ukazujący po trosze jego dumę.
- Uh...- Krótko wzruszył ramionami. - Cóż, ja...
- Widziałem cię z drobną panienką na parkiecie podczas świętowania powrotu chłopców. - Pan Powell poklepał go po ramieniu z szerokim oraz jednoznacznym uśmiechem. - Zuch! - Pochwalił go, jednocześnie kierując się na zaplecze.
- Dziękuje panu, ale ona nie jest moją dziewczyną, jak na razie.
- Jeszcze nie? Więc już niedługo Harry. - stwierdził, kiwając palcem. - Założę się o dwanaście szylingów.

Harry mógł jedynie pokiwać głową zawstydzony. Obaj zrezygnowali z prowadzenia dalszej rozmowy, ponieważ Harry musiał wracać do domu, żeby Thea mogła zacząć pracę nad swoimi sławnymi sufletami. Z gorącym podziękowaniem wyszedł ze sklepu i ruszył brukowanym chodnikiem, spoglądając w górę by więcej śnieżynek opadło na jego zaróżowione policzki.
Żeby uniknąć całkowicie zatłoczonej trasy, jaką doszedł do mleczarni, zdecydował się pójść okrężną drogą, kierując się w lewo na skrzyżowaniu za piekarnią pana Eddingtona przy czarnej latarni ulicznej.

Dodatkowo oprócz mleka kupił kawałek najlepszego sera, licząc że przypadnie jego rodzinie do gustu. Przypominając sobie o kończącym zapasie chleba, wstąpił również i do piekarni po swój ulubiony wiejski bochenek, wyobrażając sobie jak świetnie będzie smakował z serem. Wchodząc bo sklepu przez czerwone, drewniane drzwi uśmiechnął się słysząc pobrzękiwanie świątecznych dzwoneczków zawieszonych na framudze.
- Wesołych świąt! - zawołał wykrzywiając usta w uprzejmym uśmiechu, który znał każdy w tym mieście. To był specjalny uśmiech ukazujący pozornie pozytywne nastawienie chłopaka, zawsze wszystkich przekonywał - Jestem w tym dobry. - Dodał cicho, tak by tylko on mógł to usłyszeć.

sobota, 8 listopada 2014

Rozdział ósmy

Louis narzuciwszy na siebie płaszcz, zapiął guziki jeden po drugim trzęsącymi się palcami, walcząc ze łzami cisnącymi mu się do oczu. Wiedział, że nie powinien zostawać w pustym domu ani chwili dłużej, jeśli chciał zachować resztki zdrowia psychicznego, których tak kurczowo się trzymał.

Nie należysz już do tego miejsca, Louis. Głosik z tyłu głowy dokuczał mu, kiedy wkładał zziębnięte stopy w swoje szare buty. Odeszli lata temu, dlaczego wydaje ci się, że wrócą?
-Muszę się stąd wydostać - mruknął sam do siebie, okrywając dłonie czarnymi rękawicami. Zatrzasnął za sobą skrzypiące, drewniane drzwi, w pośpiechu potykając się na nierównym bruku.

Obraz jego samego wpłynął do jego umysłu. Biegł, jakby gonił dwie blondwłose główki bliźniaczek, ubranych w fioletowo-różowe płaszczyki. Niemal słyszał śmiech i chichoty brzdąców, odrobinę głośniejsze niż dźwięk dzwoneczków komponujących się z biciem jego serca.

Zatrzymując się przy ulicznej latarni stojącej przy chodniku, słyszał matkę wołającą ojca wracającego z pracy. Zmęczonego, szurającego stopami po podłożu, z cieniem uśmiechu na ustach.
-Wejdź do środka kochany, przeziębisz się jeśli będziesz stał na tym zimnie. - Zawsze to mówiła, stojąc w otwartych drzwiach. Sprawiała że kroki ojca stawały się szybsze, by jak najszybciej powitać rodzinę.

Po prostu biegnij - zachęcał go głos - rozpamiętywanie wszystkiego nie ma sensu, wszyscy już na zawsze zostaną jedynie wspomnieniem.

Wypuścił drżący oddech, zwiększając tempo z jakim jego stopy uderzały o podłoże, kiedy usłyszał delikatny głos Lottie, wirujący z gracją w powietrzu. Czuł się jakby nasłuchiwał jej słów, znajdując się pod wodą. Zdania płynnie wydobywały się z jej ust, lśniących kolorem szminki, którą zazwyczaj podkradała matce. Brzmiały one jakby dziewczyna była na powierzchni oceanu, kiedy on tonął coraz bardziej w rozległej głębi.

Louis błagał, by wspomnienia uleciały z jego głowy. By uciekły, wypłynęły z jego ciała, by zamarzły i zgasły na mroźnym, grudniowym powietrzu. Albo może, tylko może, to on, a nie wspomnienia, musiał zniknąć. 

Oddychając ciężko, pędził w stronę gwaru głównej ulicy. Obłoczki pary wydobywały się z jego ust przy każdym wydechu, otaczając jego twarz ze wszystkich stron. Zatrzymał się na obrzeżu dzielnicy handlowej, opierając ciężar ciała na ulicznej latarni. Szkło było zasnute pajęczynami i udekorowane jemiołą zawieszoną na szczycie klosza. Nie widział celu, dla którego miałby kontynuować bieg.

Louis Tomlinson położył się w głębokiej zaspie śniegu, stając się niewidocznym w świetle latarni, kiedy wspomnienia pochłaniały ostatnie iskierki jego szczęścia.

czwartek, 30 października 2014

Rozdział siódmy

Boże Narodzenie w domu Stylesów było wypełnione miłością, szczęściem i świątecznym nastrojem. Serdeczność i ciepło jakie biło od każdego członka rodziny było wspaniałe.

Żyrandol wiszący na wysokim suficie kładł anielski blask na wiecznie zielonej choince, stojącej w rogu salonu, pod którą zajmowały swoje miejsce opakowane w stare gazety, dodatkowo przewiązane czerwonymi wstążeczkami, prezenty czekając tym samym na uradowane miny szczęśliwców, do których trafią.

Harry, przeskakując po dwa stopnie ku zadowoleniu potykając się tylko raz, zbiegł na dół po trzeszczących już od starości schodach.

Jak na każdą uroczystość rodzinną, wszyscy ubrali się w odświętne stroje. Siedzieli wokół drzewka, śmiejąc się i podając z rąk do rąk butelkę najlepszego szampana jakiego ojciec Harry'ego mógł zdobyć, co jakiś czas wyglądając za okno, gdzie wirujący w powietrzu śnieg dodawał wszystkiemu uroku.

Gemma zwróciła głowę w kierunku, z którego dobiegały kroki chłopaka. Chwilę później dołączyła do niej reszta rodziny.
            - Nasz chłopiec już wstał - oznajmił Warren głosem wskazującym na pewność siebie i trzy kieliszki szampana, które zdążył wypić. Między corocznymi i rutynowymi życzeniami wesołych świąt, które wypełniały salon już od kilku minut, długie, niezdarne palce Harry'ego powędrowały do broszki w kształcie jaskółki. Chłopak wpiął ją delikatnie w klapę marynarki, chwilę przed wyjściem z pokoju tego ranka.

Już poprzedniego dnia wyobrażał sobie co włoży. Od razu pomyślał o swoich ulubionych czarnych spodniach. Tych, które pasowały idealnie na jego długie nogi i szczupłe biodra, a co najważniejsze nie uwierały go i nie drapały jak wszystkie inne. Dodał do tego białą koszulę i pasującą do spodni ciemną kamizelkę ze złotymi guzikami oraz najlepszą marynarkę jaka tylko wisiała w jego szafie.
Harry oczami wyobraźni widział siebie stojącego dumnie przed lustrem i wpinającego w materiał broszkę, więc gdy obudził się następnego dnia, zrobił to bez namysłu. Uważał że wygląda dobrze. Jeśli tylko jeszcze kogoś, oprócz niego, to obchodziło.
            - Oh mój synek - zagruchała matka Harry'ego, przechodząc przez pokój by go uściskać.
Ubrana była w ciemnofioletową sukienkę, jako że ten kolor idealnie pasował do jej osobowości. Wyrazista, a jednocześnie z klasą. Kobieta wyglądała pięknie, jak zawsze z resztą, a kiedy trzymała go w ciepłym uścisku, Harry'emu przeszło przez myśl jakie ma szczęście posiadając tak wspaniałą, troskliwą matkę.
            - Dzień dobry mamo - odpowiedział, wciąż uśmiechając się promiennie. Skinął głową do reszty rodziny, która wciąż siedziała wokół choinki i popijała szampana.

Przez kilka chwil panował cisza, wypełniona jedynie podniosłą atmosferą i szerokimi uśmiechami ekscytacji w oczekiwaniu na prezenty, których oczekiwali wszyscy znajdujący się w salonie.
            - Nie stój tak Harry! - Zawołał Warren. Twarz chłopaka przypominała teraz kolorem czerwone świąteczne jagody, których kiście zdobiły poręcze schodów. - Może otworzysz pierwszy prezent?
Mały uśmiech wpłynął na jego usta, przyozdabiając policzki delikatnymi dołeczkami. Nie był chciwy, ale na myśl o czekających na niego, starannie owiniętych pakunkach, jego serce aż podskoczyło.
            -Dobrze - odpowiedział z zapałem, który mogło wywołać jedynie Boże Narodzenie.
Przeszedł przez pokój, szurając stopami odzianymi w ciepłe, biało-czerwone skarpetki i szybko kucnął obok dużego, pachnącego lasem drzewa, lśniącego od ręcznie robionych dekoracji. Piękne bombki, otrzymane w zeszłym roku od przyjaciółki mamy nadawały mu drogiego, wyrafinowanego blasku.

Warren wskazał Harry'emu pudełko owinięte nie tylko gazetą ale i obwiązane złotą wstążką, dodającą mu dodatkowej szczypty świątecznej magii.
            -Dziękuję - szepnął, potrząsając energicznie pudełkiem. Słyszał ciche dudnienie, dochodzące ze środka i przez moment bawił się tylko bezmyślnie kokardką, zanim prezent, był oficjalnie gotów do rozpakowania, po uprzednim rozdarciu wstążki.

Rozdzierał po kawałku warstwy papieru, czując jednocześnie narastające podniecenie w momentach, gdy jego oczom ukazywały się coraz większe fragmenty czegoś, co znajdowało się w środku.

Otaczająca go rodzina, skupiła się całkowicie na chłopcu, który kucając grzebał entuzjastycznie przy pudełku. Harry odsunął ostatnią warstwę zabezpieczającego papieru i natknął się na parę kasztanowo-brązowych, skórzanych butów.

Jego oczy rozszerzyły się z ekscytacji. Delikatnie wyjął je z pudełka, nie wiedzą co ma powiedzieć, więc zamiast tego usiadł, wciągną buty na stopy i wstał by móc je podziwiać.
            - Wow - westchnął - To...to są te które chciałem dostać. Skąd wiedziałeś? - Uśmiechnął się, patrząc na Warrena z błyskiem w oczach.
            - Zgaduj - mężczyzna z dumnym półuśmiechem patrzył na żonę, która zajmowała miejsce tuż obok niego. Thea wzruszyła ramionami uśmiechając się czarująco.
            - Nie mógł oderwać od nich wzroku, kiedy ostatnio przechodziliśmy obok sklepu. Jego stare buty są już wysłużone, więc powiedziałam o nich Anne. - Wyjaśniła - Wesołych świąt Harry.
            -Wesołych świąt - brunet uśmiechnął się przytulając ją mocno, kolejno podając Warrenowi dłoń. - Wesołych świąt Warren. - Skinął głową w jego kierunku
            -Wesołych świąt Harry - zachichotał w odpowiedzi.
Jego kuzyn emanował pewnością siebie i siłą. Był To jeden z kilku powodów, dla którego Harry tak bardzo go podziwiał.


Znowu spojrzał w dół na nowe buty, lśniące w naturalnym świetle. Harry nie mógł powstrzymać szerokiego uśmiechu, siadając obok swojej siostry, przy otaczającej go świątecznej atmosferze.

piątek, 24 października 2014

Rozdział szósty

Boże Narodzenie. Jedyny dzień w roku szczerze wypełniony miłością, szczęściem i czystą magią.
Louis usiadł przy stole, który wydawał mu się nieskończenie długi, wpatrując się w każde z pustych krzeseł, tym samym wspominając ostatni raz, gdy jego rodzina siedziała tutaj, razem z nim.

Ojciec zawsze zajmował miejsce u szczytu stołu. Zawsze z perfekcyjnie przystrzyżonymi wąsami tuż nad jego górną wargą,z kolei ciemnobrązowe włosy za każdym razem zaczesywane były na bok, choć ich linia stopniowo się cofała. Po pracy, jego koszula była lekko wygnieciona, a węzeł krawata przeważnie był poluzowany. Wtedy ojciec był gotowy do odpoczynku po dziesięciogodzinnej zmianie.

Obok niego siedziała jego kochana żona. Jej włosy były perfekcyjnie upinane w schludny kok. Louis nawet nie miał pojęcia, jakim cudem robiła go każdego dnia, zdążając przy tym zrobić śniadanie dla całej rodziny oraz wyprawić jego rodzeństwo do szkoły.

Rodzeństwo. Cztery młodsze siostry, wszystkie z nienagannymi manierami i uprzejmością w  sercu. Każda urocza na swój sposób.

Charlotte, nazywana po prostu Lottie przez wszystkich domowników, poza mamą, była najstarszą z dziewczyn. Ich matka  nigdy nie używała zdrobnień, zawsze zwracała się do nich formalnie Charlotte, Felicite, Phoebe i Daisy. Lottie była średniego wzrostu. Jej nogi były szczupłe i niesamowicie długie w porównaniu do reszty ciała, przez co szyjąc dla niej sukienki, ich mama zawsze musiała się zmagać z tym felernym problemem. Sarnie oczy i karmelowe włosy powodowały zainteresowanie wielu chłopców. Dziewczyna zawsze siadała naprzeciw mamy, usprawiedliwiając to faktem, że jest drugim najstarszym dzieckiem Tomlinsonów. Twierdziła że powinna siedzieć najbliżej szczytu stołu, odkąd tata pozwolił Louisowi siedzieć naprzeciw siebie, gdyż był on najstarszym z rodzeństwa oraz dodatkowo jedynym chłopcem w domu.

            - Przygotowuję go do dnia w którym przejmie ten dom - śmiał się chrapliwie, a nikt nie wątpił w słuszność jego słów. Tyle że żadne z nich nie zdawało sobie sprawy jak szybko się to stanie.

Kolejna była Felicite. Była tego samego wzrostu co starsza siostra, a pomijając cynamonowo-brązowe włosy i charakter przypominający raczej ten Louisa, łatwo można by je wziąć za bliźniaczki. Zajmowała miejsce obok Charlotte i sprzeczała się z nią o ilość ziemniaków, jaką starsza z nich nabierała z miski przechodzącej wokół stołu z ręki do ręki. Zdarzało się, że szeptała Louisowi o tym, iż Lottie ma kawałek brokułów na zębach lub o gniewie, po tym jak siostra po raz dwudziesty oparzyła się gorącym woskiem.

Najmłodszymi członkami ich rodziny były identyczne bliźniaczki, Phoebe i Daisy. Choć nazywano je nieplanowanym podarunkiem od Boga, (co w zasadzie mówiono jedynie w żartach i to w dodatku bardzo rzadko. Louis usłyszał to raz, kiedy mama rozmawiała przez telefon z babcią) dziewczynki były najbardziej sympatycznymi istotkami na świecie, z delikatnymi blond włosami i małymi ząbkami rosnącymi w dużych odstępach. Były identyczne. Ich nauczyciele i koledzy z klasy mylili je codziennie, ale w domu łatwo je rozróżniano po wyglądzie lub brzmieniu głosu. Jedyną okazją kiedy Daisy nazywano Phoebe i odwrotnie, był moment, kiedy mama przyłapywała jedną z nich na podkradaniu jej przepysznych wypieków ze stygnącej tacy i gnała z powrotem na górę. Widząc jedynie blond kosmyki i słysząc radosny chichot sukcesu, krzyczała pierwsze imię jakie przyszło jej do głowy, a zazwyczaj okazywało się ono błędne, co było jedynie wymówką do dalszej ucieczki.

            - Nie wołałaś mnie mamusiu, tylko Phoebe.

            - Przepraszam mamo, nie słyszałam cię. Przecież wołałaś Daisy.

A mama wołała obie na dół i karciła, za ich zachowanie, jednakże za każdym razem pozwalając im zatrzymać smakołyki.

Louis mógł wyobrazić sobie całą szóstkę siedzącą z nim przy stole. Nie byli idealni, ale i tak wspaniali. Byli jedyną stałą rzeczą w jego życiu, a teraz nie mógł ich odzyskać.

Scena rozgrywała się w jego umyśle jakby wydarzyła się zaledwie wczoraj. Lottie jak zawsze nakładała na swój talerz ogromne ilości puree, co złościło Fizzy bo to ona dostawała je ostatnia i zawsze zostawało go za mało. Krawat ojca nie był zawiązany do końca a on sam siedział oparty na krześle z mieszaniną irytacji, radości oraz ulgi, że wreszcie jest już w domu. Bliźniaczki kłóciły się, jak każdego wieczora, która z nich będzie siedziała obok mamy. Niemal słyszał przenikliwe wysokie głosiki które kiedyś nieprzyjemnie przeszywały mu uszy, a teraz oddałby wszystko, by usłyszeć je choć przez sekundę. Na szczęście tata zadecydował, że każda z bliźniaczek będzie siedziała obok mamy co drugi dzień, a mama, zawsze gotowa na wszystko wnosiła świeżą miskę  puree żeby zadowolić Fizzy, która i tak nigdy nie zjadała wszystkiego.

Dźwięki rozbrzmiewały w jego głowie niczym nagrania. Niemalże słyszał subtelne brzęczenie kieliszków z winem, którego po lampce rodzice wypijali każdego wieczora do obiadu. Dziewczynki nie zwracały uwagi na takie szczegóły, ale Louis tak. Zauważał uśmiechy jakie rodzice posyłali sobie znad kieliszków i wymieniane spojrzenia. Obserwował ich co wieczór.

Kiedy Louis zamknął oczy mógł usłyszeć wszystko. Szelest stóp na dywanie położonym w jadalnie tuż przy stole, ciche rozmowy o dniu w szkole i szalonych snach jakie mieli poprzedniej nocy. Nawet najbardziej przejmujące płacze i najbardziej żarliwe kłótnie. Louis chciał to z powrotem.

Powieki uniosły się, ukazując zaszklone tęczówki, lśniące chłodnym lazurem. Wszystko zmieniło się w nicość. Dom był pogrążony w mroku. Jedyne delikatnie migocące światło dawały świece rozstawione na stole i parapecie. Tworzyły one dziwnie tańczące cienie przecinające puste zakurzone pomieszczenie pod najróżniejszymi kątami. Śnieg pruszący cicho za oknem dodał pokojowi świetlistej poświaty. Ale żadna z tych rzeczy nie miała znaczenia. Oczy Louisa były zbyt przepełnione słonymi, gorącymi łzami by to zauważyć.

Wszystko w tym momencie stało się jedną wielką zagadką. Dlaczego wszystko musiało potoczyć się w ten przygnębiający sposób?

Wtedy dotarło do niego, jak trudno przychodziły mu wspomnienia związane z rodziną.
Można było to porównać do rozbijania piniaty. Na początku niezgrabie i wolno, ale gdy wreszcie pęka i słodycze się wysypują, przychodzi długo wyczekiwana ulga na myśl, że wreszcie się udało Jednak z drugiej strony czuje się oszołomienie. Gdy wszyscy nagle rzucają się na słodkości, by zebrać jak najwięcej dla siebie. I właśnie to zrobili. Zabrali Louisowi rodzinę.

niedziela, 19 października 2014

Rozdział piąty

- Ta dziewczyna, która teraz szaleje na parkiecie jest w twoim wieku - zagadnęła Thea beztrosko chichocząc. Stała razem z Harrym w mniej zatłoczonym rogu placu, trzymając opiekuńczo zimną szklankę z wodą gazowaną w jeszcze zimniejszych dłoniach. Harry skinął głową lekko roztargniony. Stał na palcach, przeszukując wzrokiem tłum, w poszukiwaniu starszej siostry.
- Naprawdę jest świetna, może odrobinę szalona, ale urocza. - powiedziała lekko naglącym tonem. Wyraźnie oczekiwała, że Harry wykaże się inicjatywą i zakręci się koło jej siostrzenicy.
Oblizał wargi, wpatrując przez dłuższy czas w przestrzeń niewidzącym wzrokiem.
- Dobrze - wychrypiał, głosem, który nie przeszedł do końca mutacji, kiedy otrząsnął się z osłupienia. - Jak jej na imię? Zaproszę ją do tańca...tak sądzę.
- Jak wspaniale, dziękuję Harry. - Thea uśmiechnęła się ciągnąc Harry'ego przez zbiorowisko tańczących, pijących i roześmianych ludzi.
Chłopak schował ręce w kieszeni, stojąc naprzeciw dziewczyny w swoim wieku.
Miała krótkie, włosy w odcieniu ciemnego blondu wymodelowane w schludnego boba. Wyglądała na lekko zmęczoną nocnym szaleństwem, oczy, bardzo podobne do tych Thea'i, lśniły energią i zadowoleniem. Jej nos był mały, symetryczny i lekko zadarty ku górze. Lekki kuksaniec od Thea'i sprawił że Harry stał oko w oko z dziewczyną.
- Harry, przedstawiam ci Florence, moją siostrzenicę. Florence, to Harry, kuzyn Warrena. - Thea przedstawiła ich sobie z wielkim podekscytowaniem w głosie, czując iskierkę sukcesu w sercu.

Ojciec Harry'ego zawsze twierdził, że powinien mieć oczy szeroko otwarte na kobietę, którą kiedyś mógłby nazwać swoją żoną. Odsunął od siebie te uwagi. Nigdy tak na prawdę nie zaprzątał sobie głowy poszukiwaniami dziewczyny, za którą mógłby nieść książki. Nie dlatego, że był leniwy. Nie, nosiłby książki, gdyby był zainteresowany zalecaniem się do dziewczyn w ten sposób. Po prostu nie rozglądał się za "tą jedyną". Mama zawsze powtarzała mu, że będzie wiedział kiedy natrafi na odpowiednią dziewczynę.

Stali niezręcznie przez krótką chwilę, zanim Harry zebrał w sobie wystarczająco odwagi by zaprosić towarzyszkę do tańca, na co dziewczyna zgodziła się z uśmiechem. Zanim się obejrzeli, oboje poruszali biodrami i rytm jakby niekończącej się melodii. Florence, trzymała Harry'ego za rękę pokazując niezdarnemu chłopakowi jak powinien się ruszać.


- Można by pomyśleć że gość taki jak ty zna kroki, szkoda, że jesteś taki sztywny - dziewczyna zachichotała. Zmęczeni zeszli z prowizorycznego parkietu. Harry posłał jej nieśmiały uśmiech i wzruszył ramionami, nie za bardzo wiedział co na to odpowiedzieć. Wsunął ręce z powrotem do kieszeni, chroniąc je przed zimnem. Niemal skostniałymi palcami potarł powierzchnię brożki, teraz praktycznie zamarzniętej we wnętrzu jego płaszcza. Z nagłym przebłyskiem pewności siebie Harry nabrał powietrza do płuc.
- Mogę odprowadzić cię do domu? - był bardziej zaskoczony tym pytaniem niż dziewczyna sącząca ostatnią szklankę wody z kilkoma kroplami whiskey dla smaku. Kiedy na niego spojrzała, dostrzegł w jej oczach nutkę rezerwy. Wzięła ostatni łyk i skinęła głową, przybierając zdystansowany wyraz twarzy.
- Było by miło - Florence uśmiechnęła się lekko, a on skinął w odpowiedzi. Od razu wrócił myślami do słów matki. W nastrojową, grudniową noc Harry odprowadzał dziewczynę do domu. Po raz pierwszy w życiu. Sennym głosem uprzejmie podała mu nazwę ulicy. Niedługo potem dotarli pod dom dziewczyny wyglądający na drogi, jakby otulony płaszczem otaczających go sosen pokrytych śnieżnym pyłem. Harry, jak przystało na dżentelmena, podziękował jej za taniec, a w zamian otrzymał buziaka w policzek. Choć jej pokryte lekko rozmazaną czerwoną szminką usta były spierzchnięte, nadal były powodem lekkiego kołatania w sercu Harry'ego. Podziękował jej po raz kolejny, plącząc się i zacinając zanim popędził biegiem wzdłuż zakurzonej drogi.

Wrócił z powrotem na plac z dławiącym bólem w klatce piersiowej, łapiąc haustami mroźnie powietrze kiedy Gemma wyciągała go z tłumu zasypując milionami pytań o dziewczynę z którą go zauważyła.

Harry odpowiadała monosylabami, po raz pierwszy czując że jego serce puchnie z dumy i ekscytacji. No, może drugi raz, pierwszy był wcześniej tego dnia. Mimo tego że czuł się jak na haju napędzanym przez żywiołowe tańce, hormony i gazowaną wodę, został zaciągnięty do domu i siłą wpędzony do łóżka, do którego dowlókł się z policzkami czerwonymi jak róże i ustami w tym samym odcieniu.

Chłopak leżał utrzymując zaczerwienione, piekące oczy szeroko otwarte, powstrzymując opadające powieki sugerujące mu że powinien je zamknąć. Kościste palce Harry'ego powędrowały do kieszeni płaszcza, rzuconego przy łóżku razem z resztą ubrań, wyjmując z niej wciąż zamarzniętą broszkę.


Jak mógł tak przywiązać się do takiego drobiazgu, który znalazł się w błocie? Harry jeszcze nie uświadomił sobie, że związał się nie z broszką a nieznajomym, którego obraz migotał w jego umyśle jak płomień świecy stojącej na parapecie. Gdyby tylko myśli o nieznajomym można było zdmuchnąć tak łatwo jak płomień świecy.
________________________________________________
Dobry wieczór! Wiem, że rozdział miał być wcześniej, dużo wcześniej, ale kompletnie wyleciało mi to z głowy i źle się z tym czuję. Mam nadzieję, że Wam się spodoba i mi to wybaczycie.
Miłego czytania x

poniedziałek, 13 października 2014

Rozdział czwarty

Louis starał się wyrzucić wciąż powracający obraz bogatego chłopaka ze swojej głowy, jednak nie ważne jak bardzo się starał, twarz dzieciaka coraz bardziej wtapiała się w jego umysł, zwłaszcza po zobaczeniu go po raz drugi, tego dnia. "Zatop to w alkoholu Tomlinson" pomyślał żądając kolejnego drinka.
            - Chcesz leczyć kaca przez najbliższy tydzień? - Zayn zapytał, głosem ciężkim od gorzały i jeszcze cięższym akcentem. Głupawy uśmieszek błądził na jego ustach. Louis uniósł zadziornie podbródek. W dłoni trzymał kolejną szklankę z wysokoprocentową zawartością. Zanim ktokolwiek zdążył mrugnąć, naczynie było puste, pozostała w nim jedynie cienka warstewka cieczy, chłodzona przez powietrze.
Louis oblizał językiem dolną wargę, żeby ostania kropelka napoju dołączyła do pozostałych, kojąco rozgrzewających od środka jego żołądek i wylądowała na jego dnie razem z  trzema poprzednimi porcjami. 
Skinął głową do Zayna z wesołym uśmiechem, odstawiając pustą szklankę na najbliższy stolik. Ostrożne stawiał kroki na nierównym bruku.

Zayn był miłym facetem. Może odrobinę trudnym w obyciu, ale przynajmniej wiedział jak się bawić. Poznali się kiedy Louis jako nastolatek, usiadł obok niego w pociągu wręcz wymuszając na nim rozmowę. Ojciec Zayna był Pakistańczykiem, pokonał tysiące kilometrów koleją i pieszo, żeby uciec z kraju. W Anglii, ożenił się z majętną, białą kobietą, co wywołało niemały skandal. Wielokrotnie się przeprowadzali, w końcu Zayn odszedł po jednej z awantur. Przed zaciągnięciem się do wojska mieszkał w tanim pokój wynajętym w hotelu Huntingdon.
Z ciemnowłosym chłopakiem łatwo było się dogadać.

Louis wziął głęboki oddech, nabierając wieczornego powietrza. Wiedział że ilość whisky, którą dzisiaj wypił znacznie przewyższała jego ograniczenia. Papierowe lampiony zmieniły się w wirujące gwiazdy, błyszczące na tle czarnego nieba. Pewnie gdyby był mniej pijany takie myśli nie przechodziłyby mu przez głowę.
Kiedy Louis pierwszy raz pojawił się w domu tego dnia, powoli zaczęło docierać do niego, że nie jest już na służbie. Zamknął się w swoim świecie i spędził całe popołudnie na zapoznawaniu się od nowa z atmosferą i kurzem nietkniętego domu, w którym dorastał. Zdawało się jakby wszedł do morza wspomnień. A co dzieje się kiedy wejdziesz w morską głębię? Zanurzasz się. Toniesz. Więc zanurzał się w każdej szklance alkoholu i chował za fasadą sztucznego uśmiechu. Spił się do tego stopnia, że niemal urwał mu się film. Ale wszystko było w porządku, prawda? Będzie dobrze. Musi być.

_____________________________________________
Dobry wieczór. Chciałam, żeby pod tamtym rozdziałem było 20 komentarzy, a jest tylko 8. No cóż, pod tym chyba będzie jeszcze mniej, bo po przeczytaniu można odczuwać ogromny niedosyt, ale nic na to nie poradzę. Wynagrodzę go wam, dodając jutro piąty.
Miłego czytania x

piątek, 10 października 2014

Rozdział trzeci

Harry nie tak wyobrażał sobie honorową uroczystość z okazji powitania żołnierzy. Miasteczko zazwyczaj ponure, pozbawione kolorów, niemal jak uchwycone na czarno-białym filmie, teraz zdawało się tryskać energią i...życiem.
            - Tym razem na prawdę się popisali - usłyszał ciemnowłosego mężczyznę z ciężko rozpoznawalnym akcentem, kiedy przepychał się przez tłum. Małe papierowe lampiony, rozwieszone schludnie na linach ciągnących się w obrębie brukowanego placu przyjemnie rozświetlały mrok. W mieście panował ożywiony zgiełk, zewsząd słychać było bezsensowną paplaninę. Królowała muzyka, a przede wszystkim taniec. Pary napędzane miłością z pasją  wirowały na ledwie widocznie oznaczonym parkiecie. Przypominało to plątaninę rąk, nóg. Ciała kołysały się w rytm dumnie brzmiącego saksofonu. W miejscu, w którym zebrali się starsi mieszkańcy huczało od prywatnych rozmów, które w gruncie rzeczy nie były zbyt prywatne.
            - Za trzy lata nasze wnuczki będą wyglądały i tańczyły jak oni - prychnęła jedna ze staruszek. Spojrzała buntowniczo w stronę morza panien w spódniczkach do kolan i krótkich falowanych fryzurach.
            - I ta niedorzeczna muzyka...to skandal - wybuchła inna z jawną odrazą w głosie, skierowaną w stronę rozszalałego tłumu. Harry zignorował te uwagi. Wiedział że i tak nie odniosą żadnych rezultatów. Nie miał nic przeciwko optymistycznej muzyce i szalonym tanecznym ruchom. "Może to przez nowe pokolenie" - pomyślał. "Może powinniśmy coś zmienić". Akurat kiedy dał się ponieść muzyce trzymając w prawej ręce butelkę wody gazowanej, lewą ujmując dłoń swojej siostry, dźwięki muzyki ucichły.

Ludzie wyrażali swoją dezaprobatę cichymi pomrukami, które ucichły, kiedy głośnie fanfary przebiły wieczorne powietrze. Nadszedł czas żeby obejrzeć finałowy marsz żołnierzy wzdłuż głównej ulicy. Krzepcy mężczyźni, wyraźnie obolali i wycieńczeni rozsiewali wątpliwy aromat whisky, rumu i zapach, którego Harry nie potrafił zidentyfikować. Uśmiech wpłynął na jego usta, kiedy zauważył dumne mrugnięcie jakie posłał mu Warren w takcie marszu. Wyglądał dostojnie z wyprostowanymi plecami, podnosząc wysoko kolana z twarzą niemal bez wyrazu. Biorąc spory łyk gazowanej wody, zaczął przepychać się przez tłum. Jego szczupła sylwetka pozwoliła mu się swobodnie przemykać  między ludźmi. Wszelkie dźwięki  ucichły kiedy grzmiący głos niemal zatrząsł mroźnym powietrzem.
            - Dziękuję wam wszystkim że przybycie - odezwał się niski głos, nie należący do nikogo innego niż do Clinta Humphreya. Mężczyzna był szeroki tak, jak wysoki, jednak zawsze ubrany formalnie i sztywno. Nosił drogi płaszcz, buty w których można by się przejrzeć oraz wypolerowaną na błysk, drewnianą laskę, którą delikatnie trzymał w grubych palcach. Humphrey był burmistrzem miasta i obejmował rolę gospodarza na miejskich uroczystościach. Harry słuchał zainteresowany.
            - Nie martwcie się, nie zostanę długo - oznajmił swoim grubym, skrzekliwym głosem, który wszyscy mieszkańcy nauczyli się już kochać (lub przynajmniej tolerować).
- Jedynym, co chcę dziś powiedzieć jest... - zrobił pauzę, by zmienić pozycję na bardziej dumną i wyniosłą. Odchrząknął, czyszcząc gardło zanim odezwał się po raz kolejny - Witamy w domu panowie! - gwałtownie uniósł nad głowę kieliszek z szampanem. Tłum wybuchł  okrzykami  ulgi, ale przede wszystkim radości i zadowolenia z faktu, że dwunastu mężczyzn z Huntingdon, wyruszyło by walczyć w imię ojczyzny i dwunastu wróciło z powrotem do domu. Oczywiście przywieźli ze sobą  siniaki, zadrapania i głębsze rany, ale wszyscy przeżyli i tylko to się teraz liczyło.

Tuzin mężczyzn stał ze stanowczością, wymuszającą respekt, którym mimowolnie obdarzali ich gapie. Pośród oklasków, gwizdów i uroczystych brzęków kieliszków oraz szklanek wypełnionych po brzegi whisky, czas wydawał się zwolnić. Harry poczuł się jak w dzieciństwie, kiedy był chory, a zatkane uszy sprawiały, że słyszał wszystko tak jakby znajdował się pod wodą. Zgiełk zdawał się wyciszony do głuchego buczenia, a wzrok Harry'ego się wyostrzył. Kiedy przeszukiwał dumnie stojący szyk dwunastu, by dotrzeć do Warrena zauważył inną twarz, którą natychmiast rozpoznał. Tknięty nieznanym przeczuciem, wsunął rękę do kieszeni płaszcza opuszkami śledząc kontur broszki, która od niedawna należała do niego. Jaskółka tańczyła i biła skrzydłami, paliła się by uciec z fabrycznej otchłani. Broszkę, tak jak jego palce, ogarną głęboki chłód grudniowej nocy. Zdecydował się schować rękę z powrotem do kieszeni, robiąc to samo z drugą. Złapał przelotnie spojrzenie nieznajomego, kiedy ten obrócił się pięcie. Choć czy aby na pewno nieznajomy? Harry nawiązał kontakt wzrokowy z  drobnym  mężczyzną. Widział go dziś rano, to on podarował mu broszkę. Jego oczy? Niebieskie. Nie do końca niebieskie, ale... niebieskie. Chwila, to przecież nie miało znaczenia, prawda? Bo nie powinno mieć znaczenia. A jednak. Jego oczy były niebieskie i to miało znaczenie, ponieważ były niebieskie jak żadne inne. Iskierki zieleni zdawały się utrzymywać idealnie okrągłe źrenice na swoim miejscu, otoczone przez mieszankę szmaragdu, złota i  błękitu. Konkretniej ciepłego odcienia zimnego błękitu, o ile to określenie ma jakikolwiek sens. Ale podobnie jak u Warrena para tych pięknych oczu wydawała się matowa, przesłonięta mgłą cierpienia. Jakby mężczyzna widział rzeczy, których nikt nie powinien widzieć. Jakby targały nim uczucia jakich nikt nie powinien czuć. Ale nie miało to żadnego znaczenia, przez ten krótki moment kiedy ich oczy się spotkały. Odległość ledwie stu metrów i mniej niż sekunda kontaktu wzrokowego pomiędzy dwojgiem ludzi może zmienić życie.
Nawet po czasie nie dłuższym niż pół sekundy, kiedy oczy nieznajomego wróciły do ponownego lustrowania tłumu, Harry stał nie mogąc złapać tchu. Nie był pewien czy najbliższe  tornado przypadkiem nie utorowało sobie drogi przez jego wnętrzności. Mroźne nocne powietrze nie wydawało się już tak mroźne, kiedy jego serce przyśpieszyło.

__________________________________________________
Chciałabym zobaczyć pod tym rozdziałem 20 komentarzy! 
Postarajcie się miśki, kocham Was x

środa, 8 października 2014

Rozdział drugi

            - Hej! - znajomy głos przeciął powietrze, niwelując chłodną atmosferą wokół. Ulga wypełniła Harry'ego jak ciepły letni deszcz, zmywając przy tym wszelkie zmartwienia. Nawiązał kontakt wzrokowy z wielkim mężczyzną. Zasalutował mu z uśmiechem ukazującym więcej niż tylko oddanie.
Harry poczuł ulgę w piersi. Wypuścił oddech, który nieświadomie wstrzymywał przez co z jego spierzchniętych ust wydobyła się chmurka pary. Stanowczy dźwięk wojskowych butów na grubym obcasie, stąpających po nierównej kostce brukowej, wzniecił w nim ekscytację w czystej postaci rozchodzącą się w jego żyłach kiedy jego kuzyn rozpędził się, by w jak najszybszym tempie dotrzeć do rodziny. Harry rozkojarzony potarł kciukiem zimny metal broszki znajdującej się w kieszeni jego płaszcza, niemal odrywając stopy od ziemi żeby przywitać Warrena. Kuzyn stał się znacznie silniejszy, postawniejszy i dużo smutniejszy od czasu, gdy ostatnio był w domu. Minęły trze lata odkąd Harry go widział. Po jasnym blasku, niegdyś dzień w dzień obecnym w jego piwnych oczach  pozostało jedynie wyblakłe wspomnienie. Zastąpił go nowy, srogi wyraz, będący odbiciem tego, czego doświadczył. Obdarte ubrania opinały się na nim, ukazując niedawno wyrzeźbione mięśnie.

Zanim Harry mógł sięgnąć do swojego kuzyna, został odepchnięty na bok przez kogoś pędzącego w jego stronę jak wicher. Chłopak złapał równowagę i spojrzał w górę i zobaczył Warrena trzymającego w ramionach swoją żonę Theę. W obojgu można było wyczuć jakby elektryczną iskrę ulgi i namiętności, gdy dotykali się po raz pierwszy w ciągu 1095 dni.

Thea była drobną, ruchliwą kobietą, ważyła niewiele więcej niż 100 funtów (około 50 kg), ale jednocześnie przypominała panterę, a ciemne mahoniowe włosy zdawały się to podkreślać. Zawsze wyglądała schludnie i nienagannie. Jasna niebieska sukienka, pożyczona kiedyś od ciotki Harry'ego na jedną z uroczystych kolacji idealnie układała się na jej ciele. Warren ciągle powtarzał jak bardzo uwielbiał kiedy ją nosiła.
            - Ta sukienka wydobywa blask z twoich oczu. - miał rację. Thea miała brązowe oczy. Tak ciemne, że czasami wręcz nie można było dostrzec granicy między źrenicami a tęczówkami. Jednak łagodność z jaką błyszczały, odzwierciedlała miłość z którą patrzyli na siebie nawzajem. I właśnie wtedy oboje wyglądali najpiękniej.
Thea przywodziła na myśl zgrabną porcelanową laleczkę. Delikatną i lekką. Mogło się zdawać że Warren uszkodzi ją w silnym uścisku. Miała jaśniejącą, gładką i mlecznobiałą skórę, wszystko w jej wyglądzie zdawało się idealnie do siebie pasować. Była uosobieniem drapieżnego piękna, czegoś co wielu mężczyzn uważało za niesamowicie atrakcyjne. Harry musiał to przyznać.

Harry kopnął kamyk czubkiem buta, kiedy podniósł wzrok napotkał parę całującą się bezwstydnie na środku stacji kolejowej. Zachichotał kiedy wokół namiętnej pary zebrał się niewielki tłumek gapiów. Odsuwając się od sfrustrowanej Thei, znajomy błysk zagościł w oczach Warrena. To Thea była powodem jego występowania wcześniej i tylko ona mogła przywrócić go z powrotem. Kobieta opuściła ręce wzdłuż boków, kiedy jej ukochany zobaczył resztę rodziny. Stali niedaleko, szanując jego pragnienie powitania żony.
- Idź - szepnęła mu do ucha - stęsknili się za tobą.

Uśmiech formował się powoli na twarzy Harry'ego, kiedy niespodziewanie poczuł ciężar ogromnego mężczyzny. Siła jego uścisku była jak klej. Wiązała ich razem kiedy świat próbował rozerwać ich na strzępy. Jakby ziemia waliła się wokół nich. Fakt że Warren wrócił bezpiecznie do domu, był przyjaznym przypomnieniem , że rodzina Harry'ego ponownie była razem. Stare zmartwienia zostały zniesione z ich ramion, a łzy radości napłynęły do oczu każdego z nich. Przez minutę trwali w ciszy, po prostu się przytulając. To było potwierdzenie że od teraz rodzina Stylesów poradzi sobie znakomicie.

___________________________
Hej kochani. Nie będę się zbytnio rozpisywała. Nadal nic się nie dzieje, chłopcy się za bardzo nie znają i to się zbyt szybko nie zmieni, ale proszę uzbrójcie się w cierpliwość.  
Chciałabym zobaczyć więcej komentarzy niż tylko 11, bo dzięki nim też rozdziały będą szybciej dodawane. Więc jeśli już przeczytaliście to proszę zostawcie coś po sobie, nawet króciutki komentarz, byleby był. Trzeci rozdział mam zamiar dodać jutro.
Jeśli ktoś jeszcze chciałby być informowany to proszę zostawić swój user w komentarzu w zakładce "Informowani" lub po prostu napisać do mnie na twitterze @sluttylouls.
Miłego wieczoru xx

piątek, 3 października 2014

Rozdział pierwszy

Wysiadał z pociągu na znajomy peron, gdy nagły przypływ ulgi ogarnął całe jego ciało. Czuł ciepło rozlewające się w nim od stóp po czubek głowy, wyobrażając sobie przyjacielskie uściski, których nie doświadczy. Powrót z wojny oznaczał uwolnienie się od służby i wszystkich obowiązków. Przeszedł go dreszcz emocji. Opuszczenie zakurzonej pryczy, która była jego domem przez ostatnie kilka lat znaczyło również, że będzie musiał rozpocząć nowe życie w Anglii. Oczywiste było, że nie miał dokąd wrócić po tak długiej nieobecności, ale duma wystarczyła by stępić ból samotności w jego sercu.

Nie miał wpływu na to, że pozbawiono go matki i ojca, którzy powitaliby go po powrocie. Nie miał wpływu na to, że jedyna rodzina jaką posiadał została mu odebrana tak wcześnie.
Życzenia jakie wypowiadał jako jedenastolatek, obserwując przez okno swojej sypialni spadające gwiazdy bezdźwięcznie przecinające niebo, nawet w najmniejszym stopniu nie pokrywały się z jego przyszłością. Louis Tomlinson był samotny i nie istniała na tym świecie rzecz która by to zmieniła.
            - Proszę pana? - cichy głos przerwał jego rozmyślania. Louis obrócił się na pięcie natychmiast stając na baczność przygotowany do odebrania kolejnego rozkazu. Chwila. Był przecież w domu. Powódź bezbrzeżnej ulgi zalała go całkowicie, gdy dotarło do niego, że uwolnił się od uczucia jakby błądził po niekończącej się pętli bez możliwości ucieczki.
            Stał przed nim młody, wysoki chłopak, wyglądający na niewiele młodszego niż Louis. Młodzieniec krył  coś w zaciśniętej pięści.
            - Mogę w czymś pomóc?- Louis spytał uprzejmie. Starał się mówić z szacunkiem, ale dobrze ubrany chłopak wyraźnie wychwycił niegrzeczny ton jego wypowiedzi. Motywowała go zazdrość, czy może ogólna irytacja na otaczający go świat?
            - Um, ja uh...- dzieciak bełkotał przyciskając pięść do klatki piersiowej. Drugą ręką nerwowo bawił się spinkami w klapie swojej skórzanej kurtki. - Upuścił pan coś. - Wyciągnął pięść, odwrócił ją powoli i otworzył, ukazując broszkę, nie większą niż moneta. Louis spojrzał na otwartą dłoń chłopca. Rozpoznał znajomą, na wpół zardzewiałą jaskółkę, którą nosił przy sobie cały czas. Jedyną rzecz jaka utrzymywała go z dala od całkowitej samotności. Mieszanka gniewu i goryczy zmusiła Louisa do wypowiedzenia kolejnych słów.
            - Zatrzymaj ją - rzucił bez zastanowienia robiąc krok w tył, by pokazać że nie chce broszki z powrotem. - Wesołych Świąt.
Chłopak posłał Louisowi radosny półuśmiech i schował broszkę do kieszeni.
- Nawzajem proszę pana - odpowiedział zanim odwrócił się i odszedł do swojej rodziny, prawdopodobnie oczekującej czyjegoś bezpiecznego powrotu do domu.

            - Nawet nie poznałem jego imienia - Louis szepnął do siebie. Ostatni raz spojrzał w kierunku, w którym oddalał się lokaty chłopak zanim kontynuował samotną wędrówkę. Wiedział, że nie ma powodu by szwendać się dłużej bez celu. Udał się tęsknie do obskurnego domu, który niegdyś znał tak dobrze, nie musiał się nawet zastawiać gdzie się skierować by dotrzeć do celu. Louis zauważył, że wszystko było idealnie zachowane przez co na chwilę zwolnił kroku. Podniósł spojrzenie z ulicy pokrytej liśćmi i przyjrzał się domowi uważnie. Czuł jak zalewają go wspomnienia, gromadzą się wypełniając go całego niczym krople deszczu. Otrząsną się zanim zdołały się wydostać.
Wyciągną z kieszeni stary klucz i bez wysiłku przekręcił go w zamku. Kopnięciem zamknął za sobą drzwi. Wrócił do domu. Mimo samotności dzwoniącej w mrocznych korytarzach czuł się tak bezpiecznie i pewnie jak nigdy w ciągu ostatnich dwóch lat.
Wspinał się po schodach co dwa stopnie, tak jak w dzieciństwie. Wpadł w słodką przepaść, jaką wydawało się jego zimne, sztywne łóżko. Nikt przez długi czas nawet nie dotykał pościeli i Louis był pewien, że szeleściła tak samo jak ostatnim razem, kiedy leżał zwinięty w przyjemnym cieple, które zawsze mu zapewniała.
            -Dobranoc- powiedział w przestrzeń. Słowa zawisły nieruchomo w powietrzu, jakby czekały by ktoś je złapał i trzymał mocno w swoich ramionach. I być może Louis pragną tego samego.

_________________________________
Hej kochani! I oto pojawił się pierwszy rozdział! Tak jak już pisałam, jest krótki, więc możecie czuć lekki niedosyt, ale obiecuję, że niedługo się to zmieni. 
Jeśli ktoś jeszcze chciałby być informowany to proszę zostawić swój user w komentarzu w zakładce "Informowani" lub po prostu napisać do mnie na twitterze @sluttylouls.
Proszę, zostawcie po sobie jakieś ślady.
Miłego czytania xx

Ps. Przepraszam za taką małą czcionkę, ale nic nie mogę zrobić żeby była takich rozmiarów jak we wstępie.

wtorek, 30 września 2014

Wstęp

1918; rok który przyniósł pokój narodom po zakończeniu pierwszej wojny światowej oraz ukojenie rodzinom tych, którzy walczyli w bitwach. Grube tory kolejowe ciasno przecinające angielskie góry Huntingdon i hrabstwo Cambridgeshire, wiozły silnych mężczyzn z powrotem do domów, z wiatrem we włosach i wojną w oczach. Wracali do swoich rodzin, kochających żon i dzieci, do ciotek, wujów, kuzynów oraz dziadków, ale wśród nich był jeden, który nie miał do kogo wracać. Louis Tomlinson w wieku osiemnastu lat został wbrew własnej woli wciągnięty w wir wojny, zostawiając swoją liczną rodzinę i licząc że będą wyczekiwać jego powrotu. List z rodzinnego miasta otrzymany podczas nocnej służby doszczętnie zniszczył jego nadzieje, a głos z tyłu jego głowy stale przypominał mu o jego stracie.


Harry Styles, zaledwie szesnastoletni młodzieniec, pochodzący z zamożnej rodziny, był ślepy na trudności życiowe przez które ci mniej fortunni zmuszeni byli przebrnąć. Czekał godzinami na swojego kuzyna na stacji kolejowej. Harry nie mogąc powstrzymać się przed szwendaniem po peronie, natknął się na małą broszkę w kształcie jaskółki leżącą u jego stóp, uznał że niegrzecznie byłoby nie pobiec i nie dogonić samotnego żołnierza który ją upuścił. Harry nagle stał się nerwowy w obecności nieznanego mu chłopaka, patrzył mu w oczy, które na pewno zmieniły jego pogląd na odcień błękitu każdego oceanu jaki kiedykolwiek widział, muzyką dla jego uszu była wiadomość by zatrzymał broszkę.

-

Boże Narodzenie nadeszło i minęło, na przypadek wyglądało to, że Louis i Harry wciąż spotykali się w mieście, nagle duszach obu młodzieńców pojawiła się tęsknota za sobą. Musi być powód ich ciągłego natykania się na siebie, prawda? Przez potajemne spotkania, kolacje, domowe wizyty i codzienne wyprawy do dzielnicy handlowej, para staje twarzą w twarz z problemem, który nie wystąpił nigdy wcześniej. Czy mogą darzyć się uczuciami? Uczuciami leżącymi poza przyjaźnią i koleżeństwem? W czasach takich jak te, niewielu poświęcało choćby sekundę by pomyśleć o ludziach zakochujących się w przedstawicielach tej samej płci, ale czy było to możliwe? Zmieniając definicję praw tych czasów, Louis i Harry walczą z przeciwnościami by udowodnić że to co ich łączy nie jest złe i nigdy nie powinno być brane za niewłaściwe. Wysłanie Louisa na wojnę po raz drugi nie było jego wyborem, a w dzienniku Harry'ego nie było wzmianki o ślubie z kobietą którą ledwie znał.

,,Miłość jest siłą potężniejszą niż jakakolwiek inna. Nie można jej zobaczyć ani zmierzyć, ale jest na tyle silna, by zmienić Cię w krótką chwilę i zaoferować Ci więcej szczęścia niż jakakolwiek posiadana rzecz."(Barbara de Angelis)

Więc dlaczego wszyscy starają się ich rozdzielić?

Definiując wszystkie te rzeczy poprzez ręcznie pisane listy z dalekich krain i notki stworzone na drogiej maszynie do pisania, Louis i Harry udowadniają, że jest tak naprawdę ponadczasowa.

____________________________________________________


Hej moje Larry Shippers i mam nadzieję, że nie tylko. Startuję dzisiaj ze wstępem, bo chyba nie mogę tego nazwać prologiem. Nie tłumaczyłam osobiście, jednak tłumaczka jest naprawdę świetna i nie powinniście mieć do tego żadnych zastrzeżeń, ale jeśli to proszę o wyrozumiałość.
Pewnie na początku zdziwicie się dlaczego rozdziały są tak bardzo krótkie. Szczerze? Ja sama byłam zaskoczona, ale obiecuję, że po 10 części wszystko się zmienia, a rozdziały będą bardziej rozbudowane i rozpisane. Od razu informuję, że nie mam zamiaru dodawać rozdziałów codziennie. Te pierwsze, krótsze na pewno będą dodawane 2-3 razy w tygodniu, a o reszcie jeszcze muszę pomyśleć. Ponad to, to od was będzie też to zależało. Jeśli będziecie solidnie komentowali, będą pojawiały się częściej.
Ten fanfiction jest po prostu cudowny. Zakochałam się od razu kiedy tylko zobaczyłam zwiastun (link do filmiku możecie znaleźć na blogu w zakładce "O fanfiction"). Opowiadanie nie jest takie jak wszystkie inne. Wojna, miłość, kłamstwa, brzmi banalnie, prawda? A jednak ma coś w sobie, co od razu przyciąga czytelników. 
Mam nadzieję, że spodoba wam się oryginalna fabuła i zostaniecie z nami do samego końca! Zachęcam was do wyrażania własnej opinii w komentarzach. Jeśli chcecie być informowani, proszę napiszcie mi tu, w zakładce "Informowani" bądź na twitterze, do którego link znajdziecie w "O fanfiction". Nie wiem czy to wszystko co chciałam wam napisać, ale jeśli coś mi się przypomni, dopiszę w kolejnym rozdziale.
Dziękujemy za uwagę, kochamy Was xx